Białe, schludne ściany wcale nie
wydawały się być weselsze, gdy słońce wreszcie po wielu dniach ulewnego deszczu
i niespokojnych burz zdecydowało się wypłynąć zza ciężkich, szarych chmur.
Instytut wciąż był jakiś taki surowy i minimalistyczny, wielki, rozciągający
się na jedną czwartą ogromnego lasu. Nieprzyjazny,
pomyślał Sawyer, krzywiąc się nieznacznie. Ciepło wstrząsnęło jego ciałem, gdy
wystawił twarz na światło dnia. Dopiero teraz poczuł, jak zimno musiało być w
laboratorium, jak siedział tam całą dobę, patrząc, jak robią kolejne badania na
noworodkach. Niektóre dzieci wykazywały już w tej fazie rozwoju niespotykane
zdolności, inne potrzebowały jeszcze czasu, by DNA pruchala doszło do głosu.
Jako że treningi miał już za sobą, pozwalano mu i kilku innym starszakom na
obserwowanie z bezpiecznej odległości poczynań naukowców. W porównaniu do
świeżego mięcha – bo właśnie tak traktowano tu dzieci, jak szynkę na targu – oni,
znaczy się tacy jak Sawyer, byli… przestarzali. Było w nich za dużo ludzkiego
materiału genetycznego, by zrobić z nich niezniszczalnych żołnierzy,
manipulowanych przez rząd i za dużo było w nich z purchali, by pozwolić im żyć
poza grubymi na półtora metra, zwieńczonymi drutem kolczastym, murami. Cóż,
Sawyer właściwie nie miał nic przeciwko życiu w wygodnym Instytucie, któremu
zawsze zapewniano tyle pieniędzy, ile potrzeba było – na badania i na
niewielkie luksusy w postaci miękkich łóżek w pokojach „przedmiotów badań” –
ale czuł, że nie do końca pragnie siedzenia do śmierci w laboratorium, by lekarze
czasami mogli się pobawić jego umiejętnościami i upewnić się, że na pewno jego
talenty nie rozwiną się ani krzty bardziej.
— Tom. — Drgnął na dźwięk swojego imienia i kątem oka
spojrzał na drobną sylwetkę, opierającą się o barierkę — Tooom Saaawyeeer[1] —
powtórzyła, przeciągając samogłoski.
Mężczyzna prychnął niczym
rozjuszony kot, opierając łokieć o balustradę, a podbródek o rękę. Mogła to być
tylko jedna osoba. Mia, „po prostu Mia”, była jedną ze starszych hybryd w
Instytucie Naukowym imienia Philipa Bronnana. Jej matka przybyła tu mniej
więcej w tym samym czasie, co jego, czyli około trzydziestego, gdy dopiero
zaczęli zbierać ciężarne kobiety, by wypróbować na ludzkich zarodkach
krzyżowanie dwóch ras. Niektóre – jak matka Mii – zgodziły się na to za
niebotyczną sumę pieniędzy, zdesperowane, by poprawić jakoś żywot swojej
rodziny, nawet kosztem jeszcze nienarodzonego dziecka. Innym zaś odbierano
jakiekolwiek prawo głosu i po prostu zgarniano je z ulic w imię wyższych celów.
W końcu o bezdomne, samotne matki, często nastoletnie, nikt się nie upomni.
Zasłużyły. Puściły się, to teraz mają.
— Nie nazywaj mnie tak. Po prostu
Sawyer — odparł chłodnym tonem. Miał chrapliwy, niski głos, bardzo męski,
surowy. Charakterystyczny. Po chwili namysłu dodał: — Nie jestem już dzieckiem.
Dziewczyna roześmiała się – na
myśl przyszło mu, że brzmiała trochę jak gra na skrzypcach – i wychyliła się,
by przeczesać wzrokiem zamknięty dziedziniec. Południowe skrzydło, zaraz po
skrzydle północnym, gdzie mieściły się laboratoria, zajmowało najwięcej
miejsca. Mieszkali tu wszyscy mieszańcy (przykro to mówić, ale taka była
prawda) do lat osiemnastu oraz tacy jak Sawyer i Mia – starszacy. Dzieciarnia
dzieliła terytorium wraz z wykwalifikowanymi opiekunkami i nauczycielami. Jedno
trzeba było naukowcom przyznać – jakkolwiek niszczyli człowiekowi życie już w
łonie matki, tak włożyli naprawdę wiele wysiłku w stworzenie dogodnych, choć
skromnych, warunków dla dzieci. W końcu zależało im na tym, by ich małe cudeńka
wyrosły na porządnych obywateli. A przez „porządnych” mam na myśli – całkowicie
uległych rządowi. Państwo mogło wydać tryliony dolarów na choćby jednego
super-żołnierza, a na całą armię podległych, odbiegających od normy dzieciaków,
którymi łatwo manipulować… Oczywiście, matek tu z nimi nie było i nikt nie
kwapił się, by wyjaśnić, gdzie się podziały.
Cóż, dodać dwa do dwóch umie
każdy.
Południowe skrzydło – mimo że wciąż
białe, surowe i bez wyrazu – wydawało się być najbardziej świetlistym miejscem
w całym Instytucie z powodu dziedzińca czy jakkolwiek to nazwać. Wydzielili
dzieciom kawałek zieleni, otoczony co prawda ścianami, ale najważniejsze było,
że to najprawdziwsza trawa i najprawdziwsze, czyste powietrze, i najprawdziwsze
miejsce przeznaczone wyłącznie do odpoczynku. Nie, żeby ktokolwiek miał tu
wiele czasu na lenistwo, ale gdy już trafiła się przerwa, mało kto przesiadywał
w pokoju. Młodsze dzieci rozsadzała energia, młodzież, która już za chwilę
miała wyjechać z Instytutu i przejść stosowne szkolenie wojskowe, chciała
jeszcze trochę nacieszyć się widokiem błękitnego nieba, bo przecież ludzie ich
pokroju – genetyczne zabawki – rzadko widywali cokolwiek poza sufitem
laboratorium czy swojej izolatki. W skrzydle było około stu pokoi, w każdym po
cztery osoby, podobnie na pierwszym piętrze, chociaż tutaj panował zdecydowanie
mniejszy ścisk. Tu urzędowali starszacy. Do tego sektora przylegały mniejsze,
parterowe budynki z salami lekcyjnymi. Można było się do nich dostać zarówno z
pokojów sypialnianych, jak i z ogromnej jak lądowisko dla helikoptera bieżni.
Tam głównie sprawdzano wytrzymałość dzieciaków i wystawiano na próbę ich
nadzwyczajne zdolności fizyczne. Tuż obok znajdowało się skrzydło zachodnie,
zwane też szpitalnym. Nikt nie wiedział, gdzie mieści się porodówka, bo kobiety
z pewnością musiały urodzić w Instytucie. Nie próbowano dociekać dla własnego
bezpieczeństwa, chociaż zdarzali się śmiałkowie. Takich zamykano w
pomieszczeniach bez okien i lamp na cały dzień.
Dla przestrogi.
Całe północne skrzydło –
największe w całym budynku – zajęte było przez laboratoria. Pośrodku była
wielka, cicha biblioteka, w której więcej było drzwi do gabinetów naukowców niż
książek. I wreszcie na wschodzie wybudowano niewielką salę do ćwiczeń siłowych.
Nie trzeba chyba mówić, że każde pomieszczenie, zajmowane przez dzieci, było
skrzętnie monitorowane, a taśm z nagraniami nigdy się nie pozbywano?
— Sawyer… — wymamrotała Mia. Tom
zwrócił na nią swoje znużone spojrzenie i zlustrował ją wzrokiem. Wyglądała
trochę egzotycznie, jak mulatka. Szczupłymi palcami poprawiła kosmyki włosów,
opadających jej na policzki. Fryzurę miała jak każda kobieta w Instytucie –
krótką, ściętą nierówno tuż nad linią karku. — Zastanawiałeś się kiedyś, jak
wygląda życie poza Instytutem?
Chłopak nie drgnął ani o milimetr.
— Bo — zniżyła konspiracyjnie
głos, jakby właśnie powierzała mu jakąś niezwykle ważną tajemnicę. Tom nie
wątpił, że tak właśnie było. — ja coś znalazłam. Przez przypadek… usłyszałam
coś ciekawego.
— Usłyszałaś przypadkiem? — powtórzył powątpiewająco. Mia machnęła niecierpliwie
ręką, zupełnie tak, jakby odganiała wyjątkowo natrętną muchę.
— Czepiasz się szczegółów.
Pogrzebałam trochę w myślach naukowca, który obserwował mnie na treningu. I
wiesz co? — Jej brązowe, ogromne oczy rozbłysły jak jarzeniówki. — Oni
przyjmują do Instytutu dzieciaka, które nie ma nic wspólnego z pruchalem.
Czaisz?
Sawyer lekko, wręcz niezauważalnie
ściągnął brwi, ale to była jedyna oznaka zainteresowania z jego strony. Mimo to
Mia była dumna jak paw ze swojego odkrycia i z tego, że udało jej się
zainteresować Toma.
Dość powiedzieć, że gdyby ONZ[2]
wiedziało o Instytucie, dawno by go już zamknęło. Instytut Naukowy imienia
Philipa Bronnana, w skrócie INPB, był tajną organizacją Stanów Zjednoczonych
Ameryki, której istnienia zwykły, szary obywatel nie miał prawa nawet
podejrzewać. Cel jej istnienia teoretycznie był jeden – przeniesienie człowieka
do czwartego wymiaru. Wszystko zaczęło się w roku dwa tysiące siedemnastym, gdy
Philip Bronnan zbudował teleporter, mający za zadanie pomyślną teleportację
tkanki ludzkiej z jednego miejsca do drugiego. Zaczął od tkanki nieożywionej,
na której, po przywróceniu w miejsce startu, znaleziono dziwną substancję. Żywą substancję, której pochodzenia nie
wyjaśniono. Teleporter rozbudowano i wysłano nim sondę. Tak ludzie odkryli
świat Pomiędzy i wiele miesięcy żyli w przekonaniu, że odnaleźli czwarty
wymiar. Wciąż jednak nie mogli tam wysłać człowieka – doskonalono więc portal,
doskonalono do tego stopnia, że pewnego dnia – przez zupełny przypadek –
kabinie udało się przebić do prawdziwego, innego wymiaru. Wysnuto wniosek, że
świat, który odkryli wcześniej, musi być tylko cienką warstwą pomiędzy Ziemią a
czwartym wymiarem, by te ze sobą nie kolidowały. Niestety, wysłanie małpy –
choć w Pomiędzy się to udało – nie powiodło się. Kabina utknęła między celem
swojej podróży a „taśmą izolacyjną” i nie dało się jej przywrócić. Wtedy
założono Instytut – by najtęższe umysły świata naprawiły teleporter i dały
ludzkości szansę na przetrwanie, gdy zasoby na Ziemi się kurczą. Liczne wyprawy
do Pomiędzy poskutkowały odnalezieniem pruchali, tej „niezidentyfikowanej
substancji” na pierwszym obiekcie testów. Pruchale – małe, dwucentymetrowe
istoty, superszybkie, superinteligentne, supersilne, niepotrzebujące snu, pokarmu
ani picia – zaczęto badać na Ziemi. Odtworzono ich naturalne środowisko i
warunki klimatyczne. Wtedy zaczęły się eksperymenty z mieszaniem materiału
genetycznego pruchali z ludzkim DNA już w łonie matki… i cóż, w Instytut stał
się tym, czym teraz jest, a drugim, nieoficjalnym celem INPB stało się
stworzenie super-żołnierza na potrzeby armii Stanów Zjednoczonych. Do dziś nie
przedostano się do czwartego wymiaru i nikt nie wie czemu. Proszono nawet
najinteligentniejszych mieszańców i żaden nie znalazł błędów, co więcej – nie
stwierdzono żadnych barier w przemieszczaniu się sondą po czwartym wymiarze,
podczas gdy Ziemia staje się coraz bardziej potrzebująca. Ropa się kończy,
drzew jest o jedną czwartą mniej niż jeszcze dziesięć lat temu, rośliny giną.
Katastrofa ekologiczna wisi na włosku i – na Boga – czwarty wymiar to być może
ostatnia nadzieja ludzkości. Za jakieś trzydzieści lat możemy już być
rozpaczliwym, wymierającym gatunkiem.
— Czaję bazę — odparł lekceważąco
Sawyer, prostując żylastymi dłońmi wymiętoloną koszulkę. Chociaż wyglądał
niefrasobliwie i nonszalancko, w tamtej chwili jego myśli nieco… oszalały. Po
co mieliby ściągać tu jakiegoś gówniarza, którego DNA jest zupełnie i
niezaprzeczalnie ludzkie, jeśli nie po to, by spróbować wszczepić materiał
genetyczny pruchala? Taki zabieg jest przecież niemożliwy. To samobójstwo i oni
dobrze o tym wiedzą – przecież już raz próbowali i o mało Instytut nie został
zdemaskowany przez społeczeństwo. Więc co musi być w tym dzieciaku? Co chcą
zrobić? A może…
— Nie pomyliłam się, Tom. —
Odpowiedź padła ostro i kategorycznie — Ja
nigdy się nie mylę — dodała Mia po chwili.
— Cóż, naukowcy twierdzą inaczej —
odparł z przekąsem Sawyer, przenosząc wzrok na niebo. Było błękitne, niezasnute
żadną, nawet ulotną i poszarpaną, chmurą. Dawno nie widział tak słonecznego i
radosnego nieba. — Miałaś nie czytać mi w myślach.
Mia westchnęła ciężko, kładąc
ręce na biodrach. Miała szczupłą, wręcz kościstą sylwetkę. Zresztą, przy takim
jedzeniu jak te w stołówce, trudno przybrać na wadze. Kolejną sprawą była
większa odporność na głód mieszańców. Na
głód, zmęczenie i pragnienie, wyliczyła w myślach, przypominając sobie minę
starej nauczycielki, pani Clary Noble, kiedy wbijała jej klasie do głów, ile
mogą wytrzymać bez zaspokajania tych potrzeb, i jej obrzydzającą brodawkę na
haczykowatym nosie. Mówiono o niej per wiedźma.
— Przepraszam, Tom. Ja… czasem po
prostu słyszę, gdy myślisz o mnie. To wszystko. Nie robię tego specjalnie. —
Mia zerknęła na Sawyera. Jego twarz zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Ten
fakt rozpraszał wokół niego dziwną, nieco przerażającą aurę. Wszyscy starszacy
trzymali się razem, traktowali siebie jak rodzeństwo, a jednak Tom… Tom tak
naprawdę nie był kimś wyjątkowym – a przynajmniej nie bardziej wyjątkowym niż reszta
dzieciaków, Mia mogła to przyznać z całą mocą – ale samym wzrokiem odpychał od
siebie ludzi. Miał krótko ostrzyżone, blond włosy, pociągłą, surową twarz i
czarne jak rozżarzone węgielki oczy w kształcie migdałów. Wyglądał trochę jak
kościotrup, wysoki, szczupły, z bladą skórą i długim, garbatym nosem.
Mężczyzna wydał z siebie dźwięk,
coś pomiędzy pomrukiem a prychnięciem, i dziewczyna nie mogła jednoznacznie
określić, co to miało znaczyć.
— Mechanizm obronny, co? — spytał
rozbawiony i na chwilę, na ułamek sekundy, przez jego twarz przemknął uśmiech.
Zaraz jednak Tom spoważniał: — Wiesz, po co go tu sprowadzają? Mia, skup się.
To ważne.
Mia przymknęła powieki, pamięcią
sięgając do dzisiejszego poranka, i próbowała wychwycić jakieś ulotne wrażenie.
Coś wisiało na krawędzi jej pamięci, ale nie zwisało. Coś… o czymś zapomniała.
O czymś ważnym. Dziwne zimno zalało jej podbrzusze – nieprzyjemne, kłujące
zimno - i sfrustrowana uderzyła otwartą dłonią o balustradę.
Jak mogła zapomnieć o takiej
istotnej kwestii? Dlaczego sprowadzają tu tego dzieciaka? Dlaczego, dlaczego,
dlaczego… On na pewno to wiedział, nie ma innej opcji. Wiedział… co?
— Nie mogę sobie przypomnieć —
jęknęła rozpaczliwie Mia. — Co za głupota…
Tom westchnął, trącając ją palcem
wskazującym w ramię.
— No, księżniczko — rzucił.
Dziewczyna otworzyła kurczowo zaciśnięte powieki i spojrzała na Sawyera,
opierającego policzek o rękę. — Zbieraj dupsko. Będziemy musieli wszcząć
dochodzenie, nie?
— Zainteresowało cię to? —
wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Tom spojrzał na nią zdziwiony.
— Nie tyle zainteresowało,
idiotko — warknął, prostując się powoli. — co nieco… zaniepokoiło.
Ubranie Sawyera przesiąkło
chemicznym, gryzącym zapachem, silnie kojarzącym się z laboratorium. Jego twarz
wykrzywił grymas – ni to uśmiech, ni to odraza – gdy stanął na środku
ogromnego, przestrzennego pomieszczenia bez okien. Białe, rażące światło dawały
jedynie jarzeniówki, zawieszone tuż pod sufitem jakieś dwa metry nad nim; zmrużył
oczy, próbując ochronić się przed, niemalże oskarżycielskim, blaskiem. Czuł się
jak się więzień, zamknięty w celi ze szkła i stali.
Tom zerknął przelotnie w górę.
Pewna część ściany była przeszklona. Za szybą przewijały się twarze naukowców i
sylwetki w białych kitlach aptekarskich. Obserwowali go, jakby nie było tu od
kija kamer. Pokręcił głową z dezaprobatą, rozglądając się wokół – stał w samym
środku kręgu, złożonego z drewnianych, ciężkich pudeł wielkości niego samego.
Nagle coś zaskrzeczało, pisnęło, usłyszał jakiś szmer – i z głośników popłynął
przyjemny, kobiecy głos:
— Dzień dobry, A zero dziewięć —
zaczęła badaczka. — Sprowadziliśmy cię tu, by sprawdzić, czy po zabiegu…
— Tak, wiem — warknął ze
zniecierpliwieniem. „…czy po zabiegu udoskonalania materiału genetycznego…” –
słyszał tę śpiewkę tak wiele razy!
Można byłoby pytać, czemu tacy
jak on nazywani są starszakami. To bardzo proste. Urodzeni zostali w latach dwa
tysiące trzydzieści – dwa tysiące trzydzieści cztery. Wtedy ludzkość tak
niewiele wiedziała o pruchalach (chociaż uznawano to za niebotycznie wielką
wiedzę o obcym organizmie), że pierwsze eksperymenty w Instytucie były
porażająco nieporadne, trochę jak rysunki dwuletniego dziecka kolorową kredką.
Potem zaczęto hodować dzieciaki zupełnie inaczej, ich umiejętności były
wyraźniejsze, ciekawsze, rozwijały się szybciej. Cóż, przy nich ludzie urodzeni
w ciągu poprzednich lat wypadali bardzo słabo, ale to wcale nie oznaczało, że naukowcy
chcieli się poddać. Nie zwracają na to aż tak dużej uwagi jak na przeszczep
materiału genetycznego zarodkowi, ale wciąż pracują nad… naprawą, co właściwie
nie ma większego sensu, gdy mogą sobie wziąć nowego dzieciaka. Cóż, widać nie w
smak było im przetrzymywanie tu zbędnych obiektów testowych, a jednocześnie nie
mogli ich wypuścić. Za duże ryzyko, że coś rozpowiedzą albo narobią bałaganu. Zabić?
Już to zrobili. Tak, tych mniej udanych egzemplarzy się pozbyto – zostawiono
tylko te najbardziej obiecujące, najinteligentniejsze, najsilniejsze, z
niespotykanymi zdolnościami, choć nie do końca wykształconymi.
Starszacy, którzy przeżyli, byli
nietykalni. Za cenne geny.
— Wspaniale — skwitowała kobieta. Przez chwilę
słychać było tylko szelest kartek. — Proszę, ustaw się w niebieskim kręgu.
Sawyer podszedł pewnym krokiem w
kierunku samego środka sali; przekroczył białą linię, za którą stał, potem
czerwoną, aż w końcu stanął w miejscu, na nieco podwyższonej, błękitnej
platformie. W tym świetle dokładnie widział fakturę podłoża; wszystkie
wypukłości, linie, szlaki. Po chwili poczuł, jak miejsce, w którym stoi,
zaczyna się obniżać. Nie minęło pół minuty, gdy platforma zrównała się poziomem
z podłogą.
— A zero dziewięć, informujemy,
że twoje funkcje życiowe są teraz monitorowane. Chcemy dowiedzieć się, czy w
przeciągu trzech miesięcy rozwinąłeś zdolność anomalnej perturbacji. Jest to
wpływ na fizyczne otoczenie wywołane za pomocą umysłu, bez fizycznej ingerencji
— wyjaśniła, jakby Tom sam doskonale nie wiedział, co umie. A raczej – do czego
ma predyspozycje, ale nie może tego w pełni rozwinąć. — Mamy dla ciebie kilka
zadań.
Naukowiec chrząknęła i już, już
zaczerpnęła powietrze, by powiedzieć coś więcej, gdy przerwał jej przeciągły,
ogłuszający ryk syreny. Sawyer zachwiał się, oszołomiony tym nagłym bodźcem z
zewnątrz, i postawił nogę za linią platformy. Jarzeniówki przygasły, mrugnęły,
aż w końcu pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Za szybą, gdzie zwykle uwijali
się naukowcy, nie było nikogo, jedynie czerwone światła, zdające się pulsować w
rytm ustanawiany przez jęk alarmu. Serce uderzyło Tomowi nieco mocniej, a
dziwne, niewidzialna pięść ścisnęła mu gardło. Jeszcze nigdy nie zrobili czegoś
w tym stylu. To coś nowego, pomyślał
z goryczą. Tępy ból w czaszce, spowodowany zbyt głośnym dźwiękiem, narastał.
Sawyer stęknął, machinalnie przykładając palce do lewego ucha, w którym czuł
niezwykle silne szarpanie. Na dłoni wyczuł coś mokrego, lepkiego, o matowym (o
ile woń tak można nazwać) zapachu. W nikłym świetle lamp to wydawało się być…
bordowe. Dość wolno kojarzył fakty. Bordowe. Mokre. Lepkie.
Z ucha.
Niezbyt mądrym wzrokiem
przyglądał się swojej dłoni, gdy nagle poczuł, jak ktoś uderza go w plecy lufą
karabinu. Tom zatoczył się jak pijany, rozpaczliwie zamachał ramionami w
powietrzu i tylko cudem odzyskał równowagę. Kolana się pod nim uginały, jakby
były z waty.
— Idziemy! — Jakiś mężczyzna
przekrzyknął wycie syreny i pchnął go w stronę metalowych, solidnych drzwi,
którymi Sawyer tu wszedł. — Szybciej!
Tom starał się iść nieco pewniej,
ale nie mógł. Stawiał krok za krokiem, nieznośnie powoli, czując, że jeśli
przyśpieszy choćby odrobinę, padnie jak długi. Jego wnętrzności niebezpiecznie
drgały, a nieprzyjemne ciepło rozlało się po jego ciele. W gardle utknęło mu
coś gorzkiego, smakującego trochę jak tabletka.
Nawet nie zauważył, gdy stanął na
korytarzu w towarzystwie innych mieszańców – chyba tych z młodszej edycji.
Wszyscy byli poganiani przez strażników bronią. Co to ma znaczyć?, przemknęło Sawyerowi przez myśl. Przecież by ich
nie zabili, więc kto bałby się karabinów ze świadomością, że nikt w Instytucie
nie może ich tknąć – nikt, prócz naukowców i lekarzy?
Czerwone światła tańczyły na
przerażonych, wyczerpanych i pobladłych twarzach dzieci. Korytarze były ciemne,
jarzeniówki nie oświetlały tych dobrze mu znanych białych, sterylnych kafelek.
Okna, nie wiedzieć czemu, zasłonięto.
Tom rozejrzał się po tłumku, w
którym szedł, szukając znajomej twarzy. Jakiś chłopak, idący przed nim, nagle
zatrzymał się. Trząsł się na całym ciele, jakby dostał jakiegoś ataku, po czym
nachylił się. Sawyer usłyszał niezbyt przyjemny odgłos wymiotowania.
— Ruszaj się!
Ktoś uderzył starszaka w ramię,
zmuszając go do zrobienia kolejnego kroku. Tom nie był w stanie myśleć o tym,
co się dzieje, dlaczego podniesiono alarm i czemu tak okropnie się czuje.
Dotarło do niego tylko jedno:
Wszyscy mieszańcy krwawią.
[1] postać
fikcyjna, tytułowy bohater powieści dla dzieci „Przygody Tomka Sawyera”
autorstwa Marka Twaina.
[2]
Organizacja Narodów Zjednoczonych, w skrócie ONZ to zastępczyni Ligi Narodów.
Jest to organizacja międzynarodowa, która stawia sobie za cel zapewnienie
pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, rozwój współpracy między narodami
oraz popieranie przestrzegania praw człowieka.