środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 1



Białe, schludne ściany wcale nie wydawały się być weselsze, gdy słońce wreszcie po wielu dniach ulewnego deszczu i niespokojnych burz zdecydowało się wypłynąć zza ciężkich, szarych chmur. Instytut wciąż był jakiś taki surowy i minimalistyczny, wielki, rozciągający się na jedną czwartą ogromnego lasu. Nieprzyjazny, pomyślał Sawyer, krzywiąc się nieznacznie. Ciepło wstrząsnęło jego ciałem, gdy wystawił twarz na światło dnia. Dopiero teraz poczuł, jak zimno musiało być w laboratorium, jak siedział tam całą dobę, patrząc, jak robią kolejne badania na noworodkach. Niektóre dzieci wykazywały już w tej fazie rozwoju niespotykane zdolności, inne potrzebowały jeszcze czasu, by DNA pruchala doszło do głosu. Jako że treningi miał już za sobą, pozwalano mu i kilku innym starszakom na obserwowanie z bezpiecznej odległości poczynań naukowców. W porównaniu do świeżego mięcha – bo właśnie tak traktowano tu dzieci, jak szynkę na targu – oni, znaczy się tacy jak Sawyer, byli… przestarzali. Było w nich za dużo ludzkiego materiału genetycznego, by zrobić z nich niezniszczalnych żołnierzy, manipulowanych przez rząd i za dużo było w nich z purchali, by pozwolić im żyć poza grubymi na półtora metra, zwieńczonymi drutem kolczastym, murami. Cóż, Sawyer właściwie nie miał nic przeciwko życiu w wygodnym Instytucie, któremu zawsze zapewniano tyle pieniędzy, ile potrzeba było – na badania i na niewielkie luksusy w postaci miękkich łóżek w pokojach „przedmiotów badań” – ale czuł, że nie do końca pragnie siedzenia do śmierci w laboratorium, by lekarze czasami mogli się pobawić jego umiejętnościami i upewnić się, że na pewno jego talenty nie rozwiną się ani krzty bardziej.
— Tom. —  Drgnął na dźwięk swojego imienia i kątem oka spojrzał na drobną sylwetkę, opierającą się o barierkę — Tooom Saaawyeeer[1] — powtórzyła, przeciągając samogłoski.
Mężczyzna prychnął niczym rozjuszony kot, opierając łokieć o balustradę, a podbródek o rękę. Mogła to być tylko jedna osoba. Mia, „po prostu Mia”, była jedną ze starszych hybryd w Instytucie Naukowym imienia Philipa Bronnana. Jej matka przybyła tu mniej więcej w tym samym czasie, co jego, czyli około trzydziestego, gdy dopiero zaczęli zbierać ciężarne kobiety, by wypróbować na ludzkich zarodkach krzyżowanie dwóch ras. Niektóre – jak matka Mii – zgodziły się na to za niebotyczną sumę pieniędzy, zdesperowane, by poprawić jakoś żywot swojej rodziny, nawet kosztem jeszcze nienarodzonego dziecka. Innym zaś odbierano jakiekolwiek prawo głosu i po prostu zgarniano je z ulic w imię wyższych celów. W końcu o bezdomne, samotne matki, często nastoletnie, nikt się nie upomni. Zasłużyły. Puściły się, to teraz mają.
— Nie nazywaj mnie tak. Po prostu Sawyer — odparł chłodnym tonem. Miał chrapliwy, niski głos, bardzo męski, surowy. Charakterystyczny. Po chwili namysłu dodał: — Nie jestem już dzieckiem.
Dziewczyna roześmiała się – na myśl przyszło mu, że brzmiała trochę jak gra na skrzypcach – i wychyliła się, by przeczesać wzrokiem zamknięty dziedziniec. Południowe skrzydło, zaraz po skrzydle północnym, gdzie mieściły się laboratoria, zajmowało najwięcej miejsca. Mieszkali tu wszyscy mieszańcy (przykro to mówić, ale taka była prawda) do lat osiemnastu oraz tacy jak Sawyer i Mia – starszacy. Dzieciarnia dzieliła terytorium wraz z wykwalifikowanymi opiekunkami i nauczycielami. Jedno trzeba było naukowcom przyznać – jakkolwiek niszczyli człowiekowi życie już w łonie matki, tak włożyli naprawdę wiele wysiłku w stworzenie dogodnych, choć skromnych, warunków dla dzieci. W końcu zależało im na tym, by ich małe cudeńka wyrosły na porządnych obywateli. A przez „porządnych” mam na myśli – całkowicie uległych rządowi. Państwo mogło wydać tryliony dolarów na choćby jednego super-żołnierza, a na całą armię podległych, odbiegających od normy dzieciaków, którymi łatwo manipulować… Oczywiście, matek tu z nimi nie było i nikt nie kwapił się, by wyjaśnić, gdzie się podziały.
Cóż, dodać dwa do dwóch umie każdy.
Południowe skrzydło – mimo że wciąż białe, surowe i bez wyrazu – wydawało się być najbardziej świetlistym miejscem w całym Instytucie z powodu dziedzińca czy jakkolwiek to nazwać. Wydzielili dzieciom kawałek zieleni, otoczony co prawda ścianami, ale najważniejsze było, że to najprawdziwsza trawa i najprawdziwsze, czyste powietrze, i najprawdziwsze miejsce przeznaczone wyłącznie do odpoczynku. Nie, żeby ktokolwiek miał tu wiele czasu na lenistwo, ale gdy już trafiła się przerwa, mało kto przesiadywał w pokoju. Młodsze dzieci rozsadzała energia, młodzież, która już za chwilę miała wyjechać z Instytutu i przejść stosowne szkolenie wojskowe, chciała jeszcze trochę nacieszyć się widokiem błękitnego nieba, bo przecież ludzie ich pokroju – genetyczne zabawki – rzadko widywali cokolwiek poza sufitem laboratorium czy swojej izolatki. W skrzydle było około stu pokoi, w każdym po cztery osoby, podobnie na pierwszym piętrze, chociaż tutaj panował zdecydowanie mniejszy ścisk. Tu urzędowali starszacy. Do tego sektora przylegały mniejsze, parterowe budynki z salami lekcyjnymi. Można było się do nich dostać zarówno z pokojów sypialnianych, jak i z ogromnej jak lądowisko dla helikoptera bieżni. Tam głównie sprawdzano wytrzymałość dzieciaków i wystawiano na próbę ich nadzwyczajne zdolności fizyczne. Tuż obok znajdowało się skrzydło zachodnie, zwane też szpitalnym. Nikt nie wiedział, gdzie mieści się porodówka, bo kobiety z pewnością musiały urodzić w Instytucie. Nie próbowano dociekać dla własnego bezpieczeństwa, chociaż zdarzali się śmiałkowie. Takich zamykano w pomieszczeniach bez okien i lamp na cały dzień.
Dla przestrogi.
Całe północne skrzydło – największe w całym budynku – zajęte było przez laboratoria. Pośrodku była wielka, cicha biblioteka, w której więcej było drzwi do gabinetów naukowców niż książek. I wreszcie na wschodzie wybudowano niewielką salę do ćwiczeń siłowych. Nie trzeba chyba mówić, że każde pomieszczenie, zajmowane przez dzieci, było skrzętnie monitorowane, a taśm z nagraniami nigdy się nie pozbywano?
— Sawyer… — wymamrotała Mia. Tom zwrócił na nią swoje znużone spojrzenie i zlustrował ją wzrokiem. Wyglądała trochę egzotycznie, jak mulatka. Szczupłymi palcami poprawiła kosmyki włosów, opadających jej na policzki. Fryzurę miała jak każda kobieta w Instytucie – krótką, ściętą nierówno tuż nad linią karku. — Zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda życie poza Instytutem?
Chłopak nie drgnął ani o milimetr.
— Bo — zniżyła konspiracyjnie głos, jakby właśnie powierzała mu jakąś niezwykle ważną tajemnicę. Tom nie wątpił, że tak właśnie było. — ja coś znalazłam. Przez przypadek… usłyszałam coś ciekawego.
— Usłyszałaś przypadkiem? — powtórzył powątpiewająco. Mia machnęła niecierpliwie ręką, zupełnie tak, jakby odganiała wyjątkowo natrętną muchę.
— Czepiasz się szczegółów. Pogrzebałam trochę w myślach naukowca, który obserwował mnie na treningu. I wiesz co? — Jej brązowe, ogromne oczy rozbłysły jak jarzeniówki. — Oni przyjmują do Instytutu dzieciaka, które nie ma nic wspólnego z pruchalem. Czaisz?
Sawyer lekko, wręcz niezauważalnie ściągnął brwi, ale to była jedyna oznaka zainteresowania z jego strony. Mimo to Mia była dumna jak paw ze swojego odkrycia i z tego, że udało jej się zainteresować Toma.
Dość powiedzieć, że gdyby ONZ[2] wiedziało o Instytucie, dawno by go już zamknęło. Instytut Naukowy imienia Philipa Bronnana, w skrócie INPB, był tajną organizacją Stanów Zjednoczonych Ameryki, której istnienia zwykły, szary obywatel nie miał prawa nawet podejrzewać. Cel jej istnienia teoretycznie był jeden – przeniesienie człowieka do czwartego wymiaru. Wszystko zaczęło się w roku dwa tysiące siedemnastym, gdy Philip Bronnan zbudował teleporter, mający za zadanie pomyślną teleportację tkanki ludzkiej z jednego miejsca do drugiego. Zaczął od tkanki nieożywionej, na której, po przywróceniu w miejsce startu, znaleziono dziwną substancję. Żywą substancję, której pochodzenia nie wyjaśniono. Teleporter rozbudowano i wysłano nim sondę. Tak ludzie odkryli świat Pomiędzy i wiele miesięcy żyli w przekonaniu, że odnaleźli czwarty wymiar. Wciąż jednak nie mogli tam wysłać człowieka – doskonalono więc portal, doskonalono do tego stopnia, że pewnego dnia – przez zupełny przypadek – kabinie udało się przebić do prawdziwego, innego wymiaru. Wysnuto wniosek, że świat, który odkryli wcześniej, musi być tylko cienką warstwą pomiędzy Ziemią a czwartym wymiarem, by te ze sobą nie kolidowały. Niestety, wysłanie małpy – choć w Pomiędzy się to udało – nie powiodło się. Kabina utknęła między celem swojej podróży a „taśmą izolacyjną” i nie dało się jej przywrócić. Wtedy założono Instytut – by najtęższe umysły świata naprawiły teleporter i dały ludzkości szansę na przetrwanie, gdy zasoby na Ziemi się kurczą. Liczne wyprawy do Pomiędzy poskutkowały odnalezieniem pruchali, tej „niezidentyfikowanej substancji” na pierwszym obiekcie testów. Pruchale – małe, dwucentymetrowe istoty, superszybkie, superinteligentne, supersilne, niepotrzebujące snu, pokarmu ani picia – zaczęto badać na Ziemi. Odtworzono ich naturalne środowisko i warunki klimatyczne. Wtedy zaczęły się eksperymenty z mieszaniem materiału genetycznego pruchali z ludzkim DNA już w łonie matki… i cóż, w Instytut stał się tym, czym teraz jest, a drugim, nieoficjalnym celem INPB stało się stworzenie super-żołnierza na potrzeby armii Stanów Zjednoczonych. Do dziś nie przedostano się do czwartego wymiaru i nikt nie wie czemu. Proszono nawet najinteligentniejszych mieszańców i żaden nie znalazł błędów, co więcej – nie stwierdzono żadnych barier w przemieszczaniu się sondą po czwartym wymiarze, podczas gdy Ziemia staje się coraz bardziej potrzebująca. Ropa się kończy, drzew jest o jedną czwartą mniej niż jeszcze dziesięć lat temu, rośliny giną. Katastrofa ekologiczna wisi na włosku i – na Boga – czwarty wymiar to być może ostatnia nadzieja ludzkości. Za jakieś trzydzieści lat możemy już być rozpaczliwym, wymierającym gatunkiem.
— Czaję bazę — odparł lekceważąco Sawyer, prostując żylastymi dłońmi wymiętoloną koszulkę. Chociaż wyglądał niefrasobliwie i nonszalancko, w tamtej chwili jego myśli nieco… oszalały. Po co mieliby ściągać tu jakiegoś gówniarza, którego DNA jest zupełnie i niezaprzeczalnie ludzkie, jeśli nie po to, by spróbować wszczepić materiał genetyczny pruchala? Taki zabieg jest przecież niemożliwy. To samobójstwo i oni dobrze o tym wiedzą – przecież już raz próbowali i o mało Instytut nie został zdemaskowany przez społeczeństwo. Więc co musi być w tym dzieciaku? Co chcą zrobić? A może…
— Nie pomyliłam się, Tom. — Odpowiedź padła ostro i kategorycznie — Ja nigdy się nie mylę — dodała Mia po chwili.  
— Cóż, naukowcy twierdzą inaczej — odparł z przekąsem Sawyer, przenosząc wzrok na niebo. Było błękitne, niezasnute żadną, nawet ulotną i poszarpaną, chmurą. Dawno nie widział tak słonecznego i radosnego nieba. — Miałaś nie czytać mi w myślach.
Mia westchnęła ciężko, kładąc ręce na biodrach. Miała szczupłą, wręcz kościstą sylwetkę. Zresztą, przy takim jedzeniu jak te w stołówce, trudno przybrać na wadze. Kolejną sprawą była większa odporność na głód mieszańców. Na głód, zmęczenie i pragnienie, wyliczyła w myślach, przypominając sobie minę starej nauczycielki, pani Clary Noble, kiedy wbijała jej klasie do głów, ile mogą wytrzymać bez zaspokajania tych potrzeb, i jej obrzydzającą brodawkę na haczykowatym nosie. Mówiono o niej per wiedźma.
— Przepraszam, Tom. Ja… czasem po prostu słyszę, gdy myślisz o mnie. To wszystko. Nie robię tego specjalnie. — Mia zerknęła na Sawyera. Jego twarz zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Ten fakt rozpraszał wokół niego dziwną, nieco przerażającą aurę. Wszyscy starszacy trzymali się razem, traktowali siebie jak rodzeństwo, a jednak Tom… Tom tak naprawdę nie był kimś wyjątkowym – a przynajmniej nie bardziej wyjątkowym niż reszta dzieciaków, Mia mogła to przyznać z całą mocą – ale samym wzrokiem odpychał od siebie ludzi. Miał krótko ostrzyżone, blond włosy, pociągłą, surową twarz i czarne jak rozżarzone węgielki oczy w kształcie migdałów. Wyglądał trochę jak kościotrup, wysoki, szczupły, z bladą skórą i długim, garbatym nosem.
Mężczyzna wydał z siebie dźwięk, coś pomiędzy pomrukiem a prychnięciem, i dziewczyna nie mogła jednoznacznie określić, co to miało znaczyć.
— Mechanizm obronny, co? — spytał rozbawiony i na chwilę, na ułamek sekundy, przez jego twarz przemknął uśmiech. Zaraz jednak Tom spoważniał: — Wiesz, po co go tu sprowadzają? Mia, skup się. To ważne.
Mia przymknęła powieki, pamięcią sięgając do dzisiejszego poranka, i próbowała wychwycić jakieś ulotne wrażenie. Coś wisiało na krawędzi jej pamięci, ale nie zwisało. Coś… o czymś zapomniała. O czymś ważnym. Dziwne zimno zalało jej podbrzusze – nieprzyjemne, kłujące zimno - i sfrustrowana uderzyła otwartą dłonią o balustradę.
Jak mogła zapomnieć o takiej istotnej kwestii? Dlaczego sprowadzają tu tego dzieciaka? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… On na pewno to wiedział, nie ma innej opcji. Wiedział… co?
— Nie mogę sobie przypomnieć — jęknęła rozpaczliwie Mia. — Co za głupota…
Tom westchnął, trącając ją palcem wskazującym w ramię.
— No, księżniczko — rzucił. Dziewczyna otworzyła kurczowo zaciśnięte powieki i spojrzała na Sawyera, opierającego policzek o rękę. — Zbieraj dupsko. Będziemy musieli wszcząć dochodzenie, nie?
— Zainteresowało cię to? — wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Tom spojrzał na nią zdziwiony.
— Nie tyle zainteresowało, idiotko — warknął, prostując się powoli. — co nieco… zaniepokoiło.

Ubranie Sawyera przesiąkło chemicznym, gryzącym zapachem, silnie kojarzącym się z laboratorium. Jego twarz wykrzywił grymas – ni to uśmiech, ni to odraza – gdy stanął na środku ogromnego, przestrzennego pomieszczenia bez okien. Białe, rażące światło dawały jedynie jarzeniówki, zawieszone tuż pod sufitem jakieś dwa metry nad nim; zmrużył oczy, próbując ochronić się przed, niemalże oskarżycielskim, blaskiem. Czuł się jak się więzień, zamknięty w celi ze szkła i stali.
Tom zerknął przelotnie w górę. Pewna część ściany była przeszklona. Za szybą przewijały się twarze naukowców i sylwetki w białych kitlach aptekarskich. Obserwowali go, jakby nie było tu od kija kamer. Pokręcił głową z dezaprobatą, rozglądając się wokół – stał w samym środku kręgu, złożonego z drewnianych, ciężkich pudeł wielkości niego samego. Nagle coś zaskrzeczało, pisnęło, usłyszał jakiś szmer – i z głośników popłynął przyjemny, kobiecy głos:
— Dzień dobry, A zero dziewięć — zaczęła badaczka. — Sprowadziliśmy cię tu, by sprawdzić, czy po zabiegu…
— Tak, wiem — warknął ze zniecierpliwieniem. „…czy po zabiegu udoskonalania materiału genetycznego…” – słyszał tę śpiewkę tak wiele razy!
Można byłoby pytać, czemu tacy jak on nazywani są starszakami. To bardzo proste. Urodzeni zostali w latach dwa tysiące trzydzieści – dwa tysiące trzydzieści cztery. Wtedy ludzkość tak niewiele wiedziała o pruchalach (chociaż uznawano to za niebotycznie wielką wiedzę o obcym organizmie), że pierwsze eksperymenty w Instytucie były porażająco nieporadne, trochę jak rysunki dwuletniego dziecka kolorową kredką. Potem zaczęto hodować dzieciaki zupełnie inaczej, ich umiejętności były wyraźniejsze, ciekawsze, rozwijały się szybciej. Cóż, przy nich ludzie urodzeni w ciągu poprzednich lat wypadali bardzo słabo, ale to wcale nie oznaczało, że naukowcy chcieli się poddać. Nie zwracają na to aż tak dużej uwagi jak na przeszczep materiału genetycznego zarodkowi, ale wciąż pracują nad… naprawą, co właściwie nie ma większego sensu, gdy mogą sobie wziąć nowego dzieciaka. Cóż, widać nie w smak było im przetrzymywanie tu zbędnych obiektów testowych, a jednocześnie nie mogli ich wypuścić. Za duże ryzyko, że coś rozpowiedzą albo narobią bałaganu. Zabić? Już to zrobili. Tak, tych mniej udanych egzemplarzy się pozbyto – zostawiono tylko te najbardziej obiecujące, najinteligentniejsze, najsilniejsze, z niespotykanymi zdolnościami, choć nie do końca wykształconymi.
Starszacy, którzy przeżyli, byli nietykalni. Za cenne geny.
 — Wspaniale — skwitowała kobieta. Przez chwilę słychać było tylko szelest kartek. — Proszę, ustaw się w niebieskim kręgu.
Sawyer podszedł pewnym krokiem w kierunku samego środka sali; przekroczył białą linię, za którą stał, potem czerwoną, aż w końcu stanął w miejscu, na nieco podwyższonej, błękitnej platformie. W tym świetle dokładnie widział fakturę podłoża; wszystkie wypukłości, linie, szlaki. Po chwili poczuł, jak miejsce, w którym stoi, zaczyna się obniżać. Nie minęło pół minuty, gdy platforma zrównała się poziomem z podłogą.
— A zero dziewięć, informujemy, że twoje funkcje życiowe są teraz monitorowane. Chcemy dowiedzieć się, czy w przeciągu trzech miesięcy rozwinąłeś zdolność anomalnej perturbacji. Jest to wpływ na fizyczne otoczenie wywołane za pomocą umysłu, bez fizycznej ingerencji — wyjaśniła, jakby Tom sam doskonale nie wiedział, co umie. A raczej – do czego ma predyspozycje, ale nie może tego w pełni rozwinąć. — Mamy dla ciebie kilka zadań.
Naukowiec chrząknęła i już, już zaczerpnęła powietrze, by powiedzieć coś więcej, gdy przerwał jej przeciągły, ogłuszający ryk syreny. Sawyer zachwiał się, oszołomiony tym nagłym bodźcem z zewnątrz, i postawił nogę za linią platformy. Jarzeniówki przygasły, mrugnęły, aż w końcu pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Za szybą, gdzie zwykle uwijali się naukowcy, nie było nikogo, jedynie czerwone światła, zdające się pulsować w rytm ustanawiany przez jęk alarmu. Serce uderzyło Tomowi nieco mocniej, a dziwne, niewidzialna pięść ścisnęła mu gardło. Jeszcze nigdy nie zrobili czegoś w tym stylu. To coś nowego, pomyślał z goryczą. Tępy ból w czaszce, spowodowany zbyt głośnym dźwiękiem, narastał. Sawyer stęknął, machinalnie przykładając palce do lewego ucha, w którym czuł niezwykle silne szarpanie. Na dłoni wyczuł coś mokrego, lepkiego, o matowym (o ile woń tak można nazwać) zapachu. W nikłym świetle lamp to wydawało się być… bordowe. Dość wolno kojarzył fakty. Bordowe. Mokre. Lepkie.
Z ucha.
Niezbyt mądrym wzrokiem przyglądał się swojej dłoni, gdy nagle poczuł, jak ktoś uderza go w plecy lufą karabinu. Tom zatoczył się jak pijany, rozpaczliwie zamachał ramionami w powietrzu i tylko cudem odzyskał równowagę. Kolana się pod nim uginały, jakby były z waty.
— Idziemy! — Jakiś mężczyzna przekrzyknął wycie syreny i pchnął go w stronę metalowych, solidnych drzwi, którymi Sawyer tu wszedł. — Szybciej!
Tom starał się iść nieco pewniej, ale nie mógł. Stawiał krok za krokiem, nieznośnie powoli, czując, że jeśli przyśpieszy choćby odrobinę, padnie jak długi. Jego wnętrzności niebezpiecznie drgały, a nieprzyjemne ciepło rozlało się po jego ciele. W gardle utknęło mu coś gorzkiego, smakującego trochę jak tabletka.
Nawet nie zauważył, gdy stanął na korytarzu w towarzystwie innych mieszańców – chyba tych z młodszej edycji. Wszyscy byli poganiani przez strażników bronią. Co to ma znaczyć?, przemknęło Sawyerowi przez myśl. Przecież by ich nie zabili, więc kto bałby się karabinów ze świadomością, że nikt w Instytucie nie może ich tknąć – nikt, prócz naukowców i lekarzy?
Czerwone światła tańczyły na przerażonych, wyczerpanych i pobladłych twarzach dzieci. Korytarze były ciemne, jarzeniówki nie oświetlały tych dobrze mu znanych białych, sterylnych kafelek. Okna, nie wiedzieć czemu, zasłonięto.
Tom rozejrzał się po tłumku, w którym szedł, szukając znajomej twarzy. Jakiś chłopak, idący przed nim, nagle zatrzymał się. Trząsł się na całym ciele, jakby dostał jakiegoś ataku, po czym nachylił się. Sawyer usłyszał niezbyt przyjemny odgłos wymiotowania.
— Ruszaj się!
Ktoś uderzył starszaka w ramię, zmuszając go do zrobienia kolejnego kroku. Tom nie był w stanie myśleć o tym, co się dzieje, dlaczego podniesiono alarm i czemu tak okropnie się czuje. Dotarło do niego tylko jedno:
Wszyscy mieszańcy krwawią.



[1] postać fikcyjna, tytułowy bohater powieści dla dzieci „Przygody Tomka Sawyera” autorstwa Marka Twaina.
[2] Organizacja Narodów Zjednoczonych, w skrócie ONZ to zastępczyni Ligi Narodów. Jest to organizacja międzynarodowa, która stawia sobie za cel zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, rozwój współpracy między narodami oraz popieranie przestrzegania praw człowieka.